Blog > Komentarze do wpisu
Muchy (nie tylko) w nosie...
... czyli o stworzeniach, których upierdliwość (proszę wybaczyć, nie znajduję lepszego słowa) bywa odwrotnie proporcjonalna do wielkości.

Wczesne lato, najlepiej przed końcem roku szkolnego i sesji - najdłuższe dni w roku, pogoda zazwyczaj ciepła i burzowa, w górach mały ruch. Właśnie w takich okolicznościach przyrody mieliśmy najbardziej pamiętne przeżycia z muchami. Z takimi muchami, co do końca nie wiadomo skąd i kiedy się wzięły (i dlaczego aż w takiej ilości); które najwyraźniej kpią sobie z chemikaliów, mających je rzekomo odstraszać; które im bardziej dokuczają i gryzą, tym pewniej zwiastują burzę, zaś mżawki i drobne deszczyki wcale im nie przeszkadzają; w wyższych górach preferują odsłonięte podejścia i granie, zaś w nieco niższych czują się dobrze wszędzie - i w lesie, i na polanach, i wyżej, i niżej... Atrakcji dopełnia obecność owiec - bo gdzie owce, tam ich odchody, a przecież lepiej się nie zastanawiać, co jadła przed chwilą mucha, która mimo usilnych działań zapobiegawczych znalazła się w moim przełyku...

Gorce. Bulandowa kapliczka na Jaworzynie Kamienickiej.
Ujęcie (prawie) klasyczne w kierunku Gorca.
 
Widok z grzbietu na Pasmo Lubania. Bliższe i dalsze rozmazane plamki to nie statki kosmiczne - w takie dni zdjęcia bez much w kadrze należą do rzadkości.
 
Następnego dnia wracaliśmy z Gorczańskiej Chaty (d. Hawiarska Koliba) tą samą drogą. Mimo że w kadr wleciała tylko jedna tłusta mucha, nie oznacza to, że miały one nad nami litość. Przykład? Gdy na chwilę odłożyłam kijki, po paru sekundach zobaczyłam, że ich rączki się... ruszają. Muchy szczelnie je obsiadły. Rzecz jasna zarówno w czasie postojów, jak i marszu siadały na ustach, powiekach, wpadały między oczy a okulary... Tyleż męczące, co zwyczajnie obrzydliwe.
 

Może właśnie dlatego, podczas kolejnego wyjazdu, tym razem w Tatry, gdy zobaczyliśmy ludzi odganiających się od much, uśmiechnęliśmy się do siebie - było ich tutaj naprawdę o wiele mniej niż w Gorcach; tak więc z wędrówki przez Czerwone Wierchy nie pamiętamy raczej owadów, ale zieleń, kwiaty i widoki. Dopiero przejrzenie wszystkich zdjęć z tego wyjazdu przypomniało nam, że tam też było sporo much. Zwłaszcza następnego dnia...

 

 Widok z Krzesanicy na Krywań. Małe kropki to "muszki" rzecz jasna.
 
Widok spod Iwaniackiej Przełęczy w kierunku Ciemniaka. Nieproszony gość w kadrze i zwiastun tego, co było potem.
 
 
Widok z Gaborowej Przełęczy Wyżniej na Błyszcz i Bystrą. No dobra, tutaj much było całkiem sporo, ale mimo wszystko nie było tak źle ;)
 
 Niby nieduże, a jakie złośliwe. Muchy na tle Starorobociańskiego Wierchu.
 

 Nie latem, co prawda, a listopadową ciepłą jesienią na szlaku granicznym w Górach Złotych atakowało nas przez kilka godzin coś, co przypominało kleszcze, ale ewidentnie nimi nie było, bo po pierwsze latało, po drugie - było sporo większe (ok. 0,5 cm). Jak się przyczepiło do skóry, nie chciało puścić, a jeśli zaplątało się dodatkowo we włosy (czy to na głowie, czy na rękach), to już totalny dramat. Po powrocie poszukałam w sieci, okazało się, że były to jakoweś wpleszcze. Jak zwał, tak zwał, na szczęście stworzenia te nie przenoszą chorób odkleszczowych. No i jak się tak człowiek zastanowi, to ani te muchy, ani owe wpleszcze jeszcze nie są takie straszne. Czasami im coś mniejsze, tym potencjalnie mniej przyjazne, czy to kleszcze, czy np. pluskwy (jeśli ktoś myśli, że tych ostatnich już się w ogóle nie spotyka w takich miejscach jak schroniska, to życzę mu z całego serca, by nigdy nie miał powodów, by zmienić zdanie :).

 

czwartek, 28 czerwca 2012, bialavoda
Interested in discovering unknown? Check: exploreeasternpoland.wordpress.com PROSZĘ - NIE KOPIUJ zdjęć ani tekstów bez mojej zgody. Chętnie się podzielę, ale proszę o kontakt: bialavoda(at)gazeta.pl
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: