Blog > Komentarze do wpisu
Wśród burz, kwiatów i krzyży (cz. 2)
Poranek po nocy pełnej grzmotów i błysków powitał nas niestety deszczową szarością. Opuszczamy bacówkę, niespiesznie przejeżdżamy znów przez Bartne i Bodaki.

Ponuro i leje. Pod drzewami w pobliżu cerkwi pw. śś. Kosmy i Damiana w Bartnem schronienie znalazły krowy.

To już Bodaki...
 
... i cerkwie pw. św. Dymitra.

 

No i kto mi powie, że taki traktor nie ma osobowości?..

Jedziemy jeszcze na chwilę przystanąć w Ropicy Górnej, następnie zawracamy i kierujemy się na Pętną i Wołowiec. Mijamy oznakowania tras narciarskich oraz agro, gdzie można wypożyczać biegówki. Kuszące.

 

Pętna - cerkiew pw. św. Paraskewy.

Przy cerkwi.

Przy drodze.

Suniemy w dół doliny, w której malowniczo położony jest Wołowiec. Przez moment zza niskich chmur widać nieco więcej. Niestety nie na długo. Przez kilkadziesiąt minut nie mamy jakichkolwiek szans wobec szalejącej burzy. Mamy czas, pokornie czekamy. No i doczekaliśmy się... nawałnica przeszła, ulewa zmieniła się w deszcz, czyli jest nieźle.

Wołowiec - cerkiew pw. Opieki Bogurodzicy...

... i jej otoczenie...

Duch w narodzie nie ginie - czworo turystów (najmniejszy w dziecięcym nosidełku).

Wracamy do krzyżówki, jedziemy prosto na Krzywą i Jasionkę. W tej pierwszej - cerkiew w remoncie, w drugiej - pozostałości po pegeerze i... krowy, dużo krów - szczęśliwych, jak się zdaje, bo pasących się na wielkich pastwiskach. Te z reklam mogą się schować ;)

Jasionka i droga w kierunku Czarnego.

Asfalt się skończył. Droga jest gruntowa, więc zdania były podzielone: „Wygląda póki co dobrze” kontra „No, ale jeśli chcemy się przebić przez Długie do Wyszowatki, a potem jechać na Świątkową - to jest to jednak kawałek i różnie być może”. Problem rozwiązał tubylec, który powiedział, że przejedziemy (byle wolno). No to jedziemy. Wolno, czasem bardzo. Jest pięknie, jakkolwiek mamy świadomość, że samochód jest tu intruzem. Droga sama w sobie też jest „interesująca” (np. raz przecina ją spływający ze zbocza strumyczek, który skutecznie ją rozmiękcza. Na szczęście przejechaliśmy przez to błocko bez problemu - kierowca wie, co robi, mimo że samochód terenowym nie jest). Dojeżdżamy do Czarnego. Kiedyś była tu wieś, kiedyś stały tu cerkwie - tak jak w wielu innych miejscach Beskidu, Bieszczadów czy Roztocza Południowego, gdzie udziałem ludności stała się gehenna powojennych wysiedleń... Dziś wędrowcy zatrzymują się przy dwóch sąsiadujących ze sobą cmentarzach - parafialnym oraz tym, który stanowi jedną z licznych w całym regionie „pamiątek” po Wielkiej Wojnie. (Cerkiew greckokatolicka została przeniesiona do skansenu w Nowym Sączu, zaś niszczejąca i używana jako magazyn PGR-u cerkiew prawosławna została rozebrana w latach 50-tych).

 Czarne - cmentarz wojenny nr 53 zaprojektowany przez Dušana Jurkoviča.

Ornament meandrowy na cmentarzu w Czarnem.

Jedziemy dalej - krzyże, kapliczki, krzyże, kapliczki... Droga jakby znów lepsza. Po lewej  dość blisko mijamy rzekę, zwalniamy, zauważamy, że poziom wody jest wyraźnie podniesiony, a kolor - intensywnie brązowy. Burze i deszcze trwają w regionie już kilka dni. Po chwili dociera do nas, że to był właśnie "nasz" skręt w lewo. Zauważamy mostek, zalewany raz po raz falami brudnej wody. Niewiele to jednak zmienia  w naszym położeniu, bo choć mostek jeszcze widać, to między nim a drogą po drugiej stronie jest... woda. (Może to i lepiej, że nie musieliśmy dyskutować, czy konstrukcja ta wytrzymałaby pod autem ;). Zbyt wielkiego wyboru nie mamy - decydujemy się wracać tą samą drogą, którą żeśmy przyjechali (dopóki nie pada jeszcze bardziej). Powrót przez Czarne utwierdza nas w przekonaniu, że trzeba będzie tu przybyć, gdy zdrowie znów pozwoli na długie, piesze wędrówki, samochód pozostanie tam, gdzie powinien, czyli w mieście, a pogoda może będzie nieco łaskawsza...

Wisłoka. I droga po drugiej stronie.

A więc zmiana planów - pokornie wracamy do Krzywej, Pętnej i Sękowej, następnie przez Męcinę Wielką do Rozdziela, dalej do Pielgrzymki. Tu niespodzianka - widzieliśmy cerkiew z trasy, ale po zjechaniu do miejscowości nie możemy jej znaleźć. Powinna być niedaleko kościoła, po drugiej stronie ulicy. Ale tam są domy, a cerkwi nie widać. A jednak - jest! Ale jak do niej dojść? Chwilę krążymy. Wchodzimy na jedno z podwórek (nieogrodzone), ale odbijamy się o cerkiewny płot. Hmm... Pusto, cicho, żadnych ludzi. O, jednak ktoś idzie - pokazuje nam, przez które podwórko trzeba przejść, zamyka za nami furtkę i prosi, by wracając, też ją zamknąć, bo "tu takie baranki biegają". Baranków nie widzieliśmy, za to cerkiew wygląda trochę, jakby stała na wysepce - to dzięki wodzie, której i tu jest dziś więcej.

I tak oto zrobiło się bardzo późne popołudnie. Trzeba nam było już wracać. Krótkie dwa dni? Może i tak; może za ciemne, może i za mokre, ale przecież wstyd byłoby narzekać... A więc - piękne dwa dni. Oba wypełnione zapachem mokrych łąk i gontów. Oba pełne piękna i tajemnicy; tego co było, a nie jest, i tego, co przetrwało, pomimo.

W Czarnem.



czwartek, 21 czerwca 2012, bialavoda
Ta strona niedługo zniknie, zapraszam na WWW.SUBIEKTYWNYPRZEWODNIKPOGORACH.COM Proszę - nie kopiuj zdjęć ani tekstów bez mojej zgody. Chętnie się podzielę, ale proszę o kontakt: bialavoda(at)gazeta.pl
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: krystyna, *.nowanet.pl
2012/06/21 11:39:25
a stasiuka gdzieś tam nie spotkali? ;)
-
2012/06/22 09:54:19
Nie, ale parę innych osób - owszem ;)